Fandom

Elder Scrolls Wiki

Taniec w ogniu, tom III

12 425stron na
tej wiki
Dodaj nową stronę
Komentarze0 Udostępnij

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Taniec w ogniu, tom III – autorstwa Waughina Jartha.

Treść Edytuj

Taniec w ogniu, Rozdział 3
Waughin Jarth

Matka Pascost znikła w głębi swojej obskurnej tawerny, a po chwili pojawiła się z powrotem z kawałkiem papieru, zabazgranym charakterystycznym pismem Liodesa Jurusa. Decumus Scotti przechylił papier tak, by padło nie niego światło przebijające się pomiędzy masywnymi konarami i zaczął czytać.

Sckotti,

No to dojechałeś do Falinnesti w Puszczy Vallin! Gratuladzje! Pewnie miałeś mase pszygód [ort] po drodze. Nie stety [ort] ale mnie juz [ort] tu nie ma jak pewnie sam zauwarzysz [ort]. Jestem w mieście kture sie [ort] nazywa Athie, w dole rzeki. Wsiadaj na jakąś łutkę [ort] i pszyjedź [ort] tam! Jest super! Mam nadzieje że przywiozłeś dużo kontraktów, bo jest dóżo do zbudowania. Wojna była blisko ale nie tak blisko, żeby nie mieli czym płacić, ha ha. Spotkaj sie [ort] tam ze mna [ort] jak tylko bendziesz [ort] mógł.

-- Jurus

Scotti zamyślił się. Jurus najwyraźniej opuścił Falinesti i udał się do miasta o nazwie Athie. Jeśli wziąć pod uwagę jego fatalny charakter pisma i straszliwą ortografię, miasto mogło równie dobrze nazywać się Athy, Aphy, Othry, Imthri, Urtha albo Krakamaka. Każdy rozsądny człowiek postanowiłby w tym miejscu położyć kres swojej przygodzie i zacząłby szukać sposobu na powrót do Cesarskiego Miasta. Scotti nie był przecież żadnym najemnikiem, łaknącym w życiu dreszczu niebezpieczeństwa: był jedynie, w każdym razie kiedyś był - starszym urzędnikiem w poważanej prywatnej komisji budowlanej. W ciągu ostatnich kilku tygodni został zaatakowany przez Cathay-Raht, zmuszony do morderczego marszu przez dżunglę pod przewodnictwem gangu rozchichotanych Bosmerów, na wpół zagłodzony, zatruty sfermentowanym świńskim mlekiem, niemal pozbawiony życia przez gigantycznego insekta i zaatakowany przez łuczników. Był potwornie brudny i zmęczony, a na całe jego finanse składało się marne dziesięć sztuk złota. Teraz w dodatku okazało się, że człowiek, za którego przyczyną popadł w te wszystkie tarapaty, nie przebywał już w wyznaczonym miejscu spotkania. Porzucenie przedsięwzięcia było w pełni usprawiedliwione i rozsądne.

A jednak cichutki, lecz wyraźny głos w duszy szeptał mu: zostałeś wybrany. Nie masz wyboru, musisz wytrwać do końca.

Scotti zwrócił się do tęgiej, starszawej Matki Pascost, która przez cały czas uważnie mu się przyglądała: "Czy słyszałaś może o miasteczku, które znalazło się na skraju terenów ogarniętych ostatnim konfliktem z Elsweyr, o nazwie podobnej do Ath-ie?"

"Pewnie masz na myśli Athay", zaśmiała się. "Mój średni syn, Viglil, ma tam mleczarnię. Piękna okolica, nad samą rzeką. To tam pojechał twój znajomy?"

"Tak", odparł Scotti. "Jak mogę się tam najszybciej dostać?"

Po krótkiej rozmowie, jeszcze krótszej podróży na platformie do korzeni Falinesti i po pospiesznym marszu nad rzekę Scotti wdał się w negocjacje dotyczące transportu z ogromnym jasnowłosym Bosmerem o twarzy przypominającej marynowanego karpia. Bosmer przedstawił się jako Kapitan Balfix, ale nawet niedoświadczony życiowo Scotti od razu rozpoznał jego prawdziwy fach: emerytowany pirat do wynajęcia, niewątpliwie szmugler, pewnie nie stroniący od jeszcze gorszych fuch. Statek, najwyraźniej skradziony w odległej przeszłości, okazał się pokancerowaną jednomasztówką Cesarstwa.

"Pięćdziesiąt sztuk złota i będziemy w Athay za dwa dni", głośno i energicznie zakrzyknął Kapitan Balfix.

"Mam tylko dziesięć, nie, przepraszam, dziewięć sztuk złota", powiedział Scotti i czując potrzebę wyjaśnienia dodał: "Miałem dziesięć, ale jedną dałem windziarzowi w zamian za zwiezienie mnie tutaj."

"Dziewięć też wystarczy", chętnie zgodził się kapitan. "Szczerze mówiąc i tak miałem płynąć do Athay, z twoją zapłatą czy bez niej. Rozgość się na pokładzie, ruszamy za parę minut."

Decumus Scotti wszedł na pokład. Łódź była mocno zanurzona. Nic dziwnego - była załadowana do pełna skrzyniami i worami, które wylewały się z magazynów aż po burty. Każdy pakunek oznaczony był nazwą zupełnie niewinnej substancji: ścinki miedziane, tłuszcz, atrament, karma z Wysokiej Skały (oznaczona "Dla bydła"), smoła, galareta z ryb. Wyobraźnia podsuwała Scottiemu obrazy najróżniejszych nielegalnych dóbr, które w rzeczywistości mogły znajdować się w pakach.

Dokończenie załadunku zajęło Kapitanowi Balfixowi nieco więcej, niż kilka minut, ale po godzinie podnieśli kotwicę i wyruszyli w dół rzeki w kierunku Athay. Zielone wody rzeki marszczyła tylko lekka bryza. Na brzegach kłębiła się roślinność, kryjąc wszelkie zwierzęta przed wzrokiem tak ludzi jak i innych zwierząt. Ukołysany otaczająca go sielanką, Scotti usnął.

W nocy obudził się i z wdzięcznością przyjął do Kapitana Balfixa czystą odzież i trochę jedzenia.

"Po co jedziesz do Athay, jeśli wolno spytać?" zaciekawił się Bosmer.

"Mam się tam spotkać z moim byłym współpracownikiem. Poprosił mnie, żebym tu przyjechał z Cesarskiego Miasta, gdzie pracowałem dla Komisji Budowlanej Lorda Atriusa, aby pomóc w negocjowaniu kontraktów", Scotti ugryzł kolejny kęs suszonej kiełbasy, którą jedli na kolację. "Mamy zamiar odbudować i odnowić mosty, drogi i inne budowle, które uległy zniszczeniu w czasie wojny z Khajiitami."

"To były ciężkie dwa lata", pokiwał głową kapitan. "Choć korzystne dla mnie i ludzi takich jak ty i twój kompan. Odcięte szlaki handlowe. Teraz mówią, że będzie wojna z Wyspą Summerset, słyszałeś?"

Scotti pokręcił głową.

"Naszmuglowałem się skoomy wzdłuż wybrzeża i nawet pomagałem jakimś rewolucjonistom uciec przed gniewem bogów, ale teraz przez tę wojnę zrobił się ze mnie uczciwy kupiec, prawdziwy człowiek interesów. Pierwszymi ofiarami wojny są zawsze ciemne typy."

Scotti powiedział, że przykro mu to słyszeć, po czym zapadła cisza. Kapitan i pasażer obserwowali odbicia gwiazd i księżyca na gładkiej powierzchni wody. Kiedy Scotti obudził się następnego dnia, znalazł kapitana owiniętego w żagiel, nasączonego alkoholem jak gąbka, śpiewającego niskim, niewyraźnym głosem. Kiedy zobaczył Scottiego, zaoferował mu swój dzban jaggi.

"Dostałem nauczkę podczas biesiady na zachodnim konarze."

Kapitan zaśmiał się, a potem wybuchnął płaczem: "Nie chcę być uczciwym kupcem. Inni piraci ciągle jeszcze gwałcą i kradną, i szmuglują, i sprzedają miłych ludzi takich jak ty do niewoli. Przysięgam ci, że kiedy pierwszy raz przewoziłem legalny ładunek, nie miałem pojęcia, że moje życie tak się zmieni. Że niby mógłbym wrócić do starego fachu? Baan Dar wie, że już nie - nie po tym wszystkim, co przeszedłem. Jestem zrujnowany."

Scotti pomógł kapitanowi wyplątać się z żagla, mamrocząc słowa pocieszenia. Po chwili dodał, "Przepraszam, że zmieniam temat, ale gdzie jesteśmy?"

"Ooo", jęknął smutno Kapitan Balfix. "Poszło nam całkiem szybko. Athay jest tuż za zakolem rzeki."

"W takim razie wygląda na to, że Athay się pali", powiedział Scotti.

Pióropusz czarnego dymu wznosił się nad drzewami. Kiedy opłynęli zakole, zobaczyli też płomienie, a potem czarne szkielety tego, co pozostało z miasteczka. Umierający, poparzeni mieszkańcy skakali z brzegu do rzeki. Brzmiała kakofonia krzyków. Na obrzeżach miasteczka widzieli Khajiitów, zbrojnych w pochodnie.

"Niech mnie Baan Dar ma w swej opiece!" wymamrotał kapitan. "Wojna wróciła!"

"O nie", jęknął Scotti.

Łódź spłynęła, niesiona prądem rzeki, w kierunku drugiego brzegu. Scotti spojrzał na ląd po nieogarniętej pożarem stronie, pomyślał, jak bezpieczne są tamtejsze chaszcze. Moment później rozległ się szelest liści i kilkunastu Khajiitów wyskoczyło spomiędzy drzew. W rękach trzymali łuki.

"Widzą nas", syknął Scotti. "I mają łuki!"

"No pewnie, że mają łuki", odburknął Kapitan Balfix. "My Bosmerzy wymyśliliśmy tę przeklętą rzecz, ale do głowy nam nie przyszło, żeby trzymać to w sekrecie, cholerny biurokrato!"

"Podpalają swoje strzały!"

"A tak, czasami to robią."

"Kapitanie, oni do nas strzelają! Strzelają do nas płonącymi strzałami!"

"Fakt", zgodził się kapitan. "Teraz chodzi o to, żeby uniknąć bycia trafionym."

Ale zostali trafieni i to po bardzo krótkiej chwili. Co gorsza, druga chmura strzał trafiła w skrzynie ze smołą, które natychmiast stanęły w błękitnych płomieniach. Scotti chwycił Kapitana Balfixa i razem wyskoczyli za burtę na sekundę przedtem, jak statek i cały jego ładunek eksplodował. Szok zimnej wody chwilowo otrzeźwił Bosmera. Zawołał do Scottiego, który płynął najszybciej jak potrafił w górę rzeki.

"Panie Decumus, dokąd to?"

"Z powrotem do Falinesti!" odkrzyknął Scotti.

"To potrwa całe dni, a zanim tam dotrzesz, wszyscy będą już wiedzieli o ataku na Athay! Nie wypuszczą nikogo, kogo nie znają! Najbliższa wioska w dolnym biegu to Grenos, może tam nas przygarną!"

Scotti podpłynął z powrotem do kapitana i razem zaczęli przebierać nogami na środku rzeki, mijając dopalające się szczątki miasteczka. Scotti dziękował Marze, że nauczył się pływać. Była to umiejętność, której nie posiadło wielu Cyrodiilian, jako że Cesarska Prowincja nie miała dostępu do morza. Gdyby wychował się w Mir Corrup czy w Artemon, mógłby teraz się topić. Jednak Cesarskie Miasto było otoczone wodą, a wszyscy chłopcy i dziewczęta, którzy tam dorastali, wiedzieli, jak ją pokonać, nie mając łodzi - nawet ci, którzy wyrastali na urzędników, a nie łowców przygód.

Trzeźwość Kapitana Balfixa malała - jego ciało przyzwyczajało się do temperatury. Nawet zimą rzeka Xylo była dość umiarkowanie zimna i na swój sposób wygodna. Ruchy Bosmera były nierówne. Podpływał bliżej do Scottiego, potem się od niego oddalał, wybijał się naprzód, potem zostawał w tyle.

Scotti spojrzał na brzeg po prawej stronie. Drzewa zajmowały się ogniem jak hubka. Za nimi rozciągało się piekło, rosnące w tempie niemal dorównującym ich postępom w dół rzeki. Lewy brzeg wydawał się czysty, póki Scotti nie zauważył kołysania się liści zarośli, a potem tego, co je spowodowało. Stado największych kotów, jakie w życiu widział. Miały brązowe futra i zielone oczy, a ich szczęki i zęby przypominały mu najgorsze senne koszmary. Patrzyły na pływaków i dotrzymywały im tempa.

"Kapitanie Balfix, nie możemy wyjść ani na jeden brzeg, ani na drugi - albo się ugotujemy, albo nas zjedzą", wyszeptał Scotti. "Staraj się równo pracować rękami i nogami. Oddychaj normalnie. Jeśli czujesz się zmęczony, powiedz mi, to przez chwilę odpoczniemy, dryfując na plecach."

Każdy, kto kiedykolwiek usiłował udzielać racjonalnych rad pijakowi, pojmie bezużyteczność jego wysiłków. Scotti dorównywał do tempa kapitana, zwalniając, przyspieszając, zbaczając na lewo i prawo, podczas gdy Bosmer podśpiewywał starte przyśpiewki ze swoich pirackich czasów. Kiedy nie patrzył na swojego towarzysza, obserwował koty na brzegu. Po jakimś czasie zwrócił wzrok na prawo. Kolejna wioska stała w płomieniach. Niewątpliwie było to Grenos. Scotti patrzył martwo na szalejący ogień, przejęty podziwem dla siły zniszczenia. Nie usłyszał, kiedy kapitan przestał śpiewać.

Kiedy się obejrzał, Kapitana Balfixa nie było.

Scotti zanurkował w mętne wody rzeki, potem jeszcze raz i jeszcze raz. Nic nie dało się zrobić. Kiedy wynurzył się na powierzchnię po ostatnim wysiłku poszukiwawczym, zobaczył, ze gigantyczne koty ruszyły naprzód, może przekonane, że i on utonął. Kontynuował swój samotny spływ w dół rzeki. Zauważył, że jakiś jej dopływ zahamował wreszcie rozprzestrzenianie się ognia. Ale nie było już więcej wsi. Po kilku godzinach zaczął rozważać wyjście na brzeg. Tylko który, brzmiało pytanie.

Podejmowanie tej decyzji zostało mu oszczędzone. Tuż przed nim pojawiła się kamienista wyspa, a na niej ognisko. Nie wiedział, czy nadzieje się na Bosmerów, czy Khajiitów. Widział tylko, że dłużej nie jest w stanie płynąć. Wysiłkiem obolałych, nadwerężonych mięśni podciągnął się na skały u brzegu.

Byli to Bosmerzy - uchodźcy. Scotti domyślił się tego sam, zanim jeszcze mu powiedzieli. Nad ogniem piekły się szczątki jednego z gigantycznych kotów, które śledziły go z drugiego brzegu.

"Tygrys Senche", powiedział z zacięciem jeden z młodych wojowników. "To nie zwierzę - są tak samo sprytne i przebiegłe, jak Cathay-Raht czy Ohmes, czy inni przeklęci Khajiici. Szkoda, że ten się utopił. Z przyjemnością sam bym go zabił. Ale mięso będzie ci smakować. Słodkie, od całego tego cukru, które te bydlęta jedzą."

Scotti nie wiedział, czy jest w stanie zjeść stworzenie dorównujące inteligencją człowiekowi, ale zaskoczył samego siebie - po raz kolejny w ciągu ostatnich paru dni. Mięso było bogate w smaku, soczyste i słodkie, jak posłodzona wieprzowina, chociaż upieczono je bez żadnych przypraw. Jedząc, rozejrzał się po twarzach uchodźców. Panował nastrój ogólnego przygnębienia, niektórzy wciąż jeszcze łkali po stracie najbliższych. Pochodzili z Grenos i z Athay. Wojna była jedynym tematem rozmów. Dlaczego Khajiici znów zaatakowali? Dlaczego... to pytanie kierowano do Scottiego, Cyrodiilianina, dlaczego Cesarz nie zaprowadził pokoju w podległych mu prowincjach?

"Miałem spotkać się z innym Cyrodiilianinem", powiedział do Bosmerki, która według jego wiedzy pochodziła z Athay. "Nazywał się Liodes Jurus. Nie wiesz przypadkiem, co się z nim stało?"

"Nie słyszałam o twoim koledze, ale w Athay było wielu Cyrodiilian, kiedy zaczął się pożar", odpowiedziała dziewczyna. "Niektórzy z nich od razu opuścili miasto. Wybierali się do Vindisi, w głębi dżungli. Ja też tam pójdę i wielu z nas zrobi tak samo. Możesz się do nas przyłączyć, jeśli chcesz."

Decumus Scotti pokiwał głową potwierdzająco. Ułożył się najwygodniej jak mógł na kamienistym gruncie wysepki i po wielu wysiłkach zdołał zasnąć. Nie spał jednak zbyt dobrze.

Więcej w Fandom

Losowa wiki