Fandom

Elder Scrolls Wiki

Taniec w ogniu, tom II

12 436stron na
tej wiki
Dodaj nową stronę
Komentarze0 Udostępnij

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Taniec w ogniu, tom II – autorstwa Waughina Jartha.

Treść Edytuj

Taniec w ogniu, Rozdział 2
Waughin Jarth

Straty były olbrzymie. W ciągu kilku minut Cathay-Raht ukradli albo zniszczyli wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Wóz drewna Decumusa Scottiego, który miał zamiar sprzedać Bosmerom, podpalono i zrzucono w dół urwiska. Jego odzież i kontrakty były poszarpane, i wciśnięte w ziemię zalaną winem z potłuczonych zapasów. Wszyscy pielgrzymi, kupcy i łowcy przygód, podróżujący w karawanie, jęczeli i łkali, w świetle wschodzącego słońca zbierając pozostałości swoich bagaży.

"Lepiej nikomu nie powiem, że udało mi się zachować moje notatki do tłumaczenia Mnoriad Pley Bar", wyszeptał poeta Gryf Mallon. "Pewnie by się na mnie rzucili."

Scotti z grzeczności nie skorzystał z okazji, by powiedzieć Mallonowi, jak małą wartość przywiązywał do notatek poety. Zamiast tego przeliczył monety w swojej sakiewce. Trzydzieści cztery sztuki złota. Doprawdy bardzo niewiele jak na przedsiębiorcę rozpoczynającego nową działalność.

"Hoy!" doszedł ich okrzyk spomiędzy drzew. Mała grupa Bosmerów wynurzyła się z listowia. Byli odziani w skórzane zbroje i uzbrojeni. "Przyjaciele czy wrogowie?"

"Ani, ani", odkrzyknął szef konwoju.

"Musicie być Cyrodiilianami" zaśmiał się przywódca Bosmerów, młodzieniec chudy jak szkielet, z twarzą o wilczych rysach. "Słyszeliśmy, że jesteście w drodze. Najwyraźniej wieść dotarła także i do naszych wrogów."

"Myślałem, że wojna już się skończyła", mruknął jeden ze zrujnowanych kupców z karawany.

Bosmer znów się zaśmiał: "To nie wojna. Ot, mały interes przygraniczny. Zmierzacie do Falinesti?"

"Ja nie", szef konwoju pokręcił głową. "Jeśli o mnie chodzi, moje zadanie jest wykonane. Nie ma koni, nie ma karawany. Tylko potężna strata."

Mężczyźni i kobiety otoczyli go wianuszkiem, protestując, grożąc, błagając, ale odmawiał postawienia nawet kawałka stopy w Puszczy Valen. Jeśli tak wyglądał pokój, powiedział, to on miał zamiar zaczekać na następną wojnę.

Scotti spróbował innego podejścia. Podszedł do Bosmerów. Odezwał się przyjaźnie, ale tonem sugerującym autorytet (tak zwykł był zwracać się w negocjacjach do drażliwych kamieniarzy): "Zapewne nie zgodzicie się eskortować mnie do Falinesti. Jestem reprezentantem ważnego organu Cesarstwa, Komisji Budowlanej Lorda Atriusa. Moim zadaniem jest wsparcie procesu odbudowy i złagodzenie problemów, jakie w waszej prowincji wywołała wojna z Khajiitami. Patriotyzm..."

"Dwadzieścia sztuk złota i sam będziesz niósł swój bagaż, jeśli coś ci z niego zostało", odparł Bosmer.

Scotti pomyślał, że w negocjacjach z drażliwymi kamieniarzami też rzadko udawało mu się osiągnąć zamierzony cel.

Sześć osób było chętnych na podróż i miało dość złota. Wśród tych bez funduszy znalazł się i poeta, który zwrócił się do Scottiego z prośbą o wsparcie.

"Przepraszam cię, Gryf, ale mam już tylko czternaście sztuk złota. To nawet nie wystarczy na wynajęcie porządnego pokoju w Falinesti. Pomógłbym ci, gdybym mógł", powiedział Scotti, wmawiając sobie, że tak właśnie było.

Cała szóstka wraz bosmerową ochroną ruszyła w dół po kamienistej ścieżce wzdłuż urwiska. Po godzinie znajdowali się głęboko w puszczy. Niekończący się dach z brązowo-zielonych liści przesłaniał niebo. Stąpali po tysiącletnich pokładach gnijących liści. Przez kilka mil droga prowadziła przez bagniste złoża. Późnej przez kolejnych kilka godzin lawirowali pomiędzy połamanymi gałęziami i nisko zwisającymi konarami drzew-gigantów.

Przez cały czas, godzina po godzinie, Bosmerzy mknęli naprzód tak szybko, że Cyrodiilianie nadążali za nimi z najwyższym trudem. Niski, krótkonogi kupiec z czerwoną twarzą potknął się i niemal przewrócił o zgniłą gałąź. Podtrzymali go inni Cyrodiilianie. Bosmerzy zatrzymali się tylko na moment. Nie odrywali oczu do gałęzi ponad nimi. Ruszyli dalej najszybciej, jak to było możliwe.

"Czemu są tacy nerwowi?" wysapał rozdrażnionym tonem kupiec. "Znowu Cathay-Raht?"

"Nie bądźcie śmieszni", zaśmiał się Bosmer nieprzekonująco. "Khajiici tak głęboko w puszczy? W czasie pokoju? Nie odważyliby się."

Kiedy grupa odeszła od bagna na tyle daleko, że jego smród nieco osłabł, Scotti poczuł nagły głód. Według zwyczaju Cyrodiilian był przyzwyczajony do czterech posiłków dziennie. Jako urzędnik o godziwych zarobkach nie miał wprawy w wysiłku fizycznym, w dodatku bez jedzenia. Zastanowił się, czując się nieco oszołomiony, jak długo maszerowali już przez dżunglę. Dwanaście godzin? Dwadzieścia? Tydzień? Czas utracił znaczenie. Słońce tylko sporadycznie przebijało się przez pokrywę zieleni. Fluorescencyjne narośla na drzewach i w ściółce były jedynym stałym źródłem światła.

"Czy możemy zatrzymać się i coś zjeść?" krzyknął do grupy na przedzie.

"Jesteśmy już blisko Falinesti", brzmiała odpowiedź. "Tam będzie jedzenie."

Jeszcze przez kilka godzin ścieżka prowadziła pod górę, poprzez połamane bale, wznosząc się na wysokość pierwszych, a potem kolejnych gałęzi drzew. Kiedy podróżni minęli szerokie zakole drogi, znaleźli się w połowie wysokości wodospadu. Woda leciała w dół trzydzieści stóp, może więcej. Nikt nie miał dość energii, by się skarżyć, gdy zaczęli wspinać się po kamieniach. Każdy krok był torturą. Bosmerzy znikli w wodnym pyle. Scotti wspinał się i wspinał, aż głazy skończyły się. Otarł pot z czoła, wytarł oczy z rzecznej wody.

Na horyzoncie przed nim widoczne było Falinesti. Na obu brzegach rzeki stało potężne drzewo -dąb graht - otoczone zagajnikami i sadami z pomniejszych drzew, tłoczących się wokół dębu jak petenci przed królem. Gdyby było mniejsze, drzewo stanowiące ruchome miasto opisałoby się jako niezwykle powykręcane i sękate, ze wspaniałą złoto-zieloną koroną, obrośnięte bluszczami i błyszczące od soków. Ten dąb był jednak wysoki na milę, a szeroki na pół. Była to najdostojniejsza rzecz, jaką Scotti widział w całym swoim życiu. Gdyby nie był głodującym człowieczkiem o duszy urzędnika, zaniósłby się śpiewem.

"O, tu jesteś", odezwał się przywódca eskorty. "Teraz to już bliziutko. Powinniście się cieszyć, że mamy zimę. Latem miasto jest na dalekim południu prowincji."

Scotti nie miał pomysłu, co począć dalej. Widok pionowej metropolii, z ludźmi poruszającymi się jak mrówki, zupełnie go zdezorientował.

"Nie słyszałeś przypadkiem o pensjonacie pod nazwą", zamilkł na moment, a potem wyjął list Jurusa zza pazuchy. "Coś podobnego do Tawerna Matki Paskos?"

"Matka Pascost?" Przywódca Bosmerów zaśmiał się swoim zwyczajowym lekko pogardliwym śmiechem. "Nie chcesz się tam chyba zatrzymać? Przyjezdni wolą zawsze Aysa Hall na szczytowych konarach. Drogo, ale bardzo przyjemnie."

"Mam się z kimś spotkać w Tawernie Matki Pascost."

"Cóż, jeśli jesteś zdecydowany, podjedź windą do Robalowego Urwiska i tam spytaj o dalszą drogę. Tylko się nie zgub i nie zaśnij na zachodnim konarze."

To ostatnie wydało się towarzyszom młodzieńca bardzo zmyślnym dowcipem, tak więc Scotti zaczął przedzierać się przez korzenie u postawy Falinesti z ich śmiechem rozbrzmiewającym za plecami. Ziemia była zasypana liśćmi i odpadami. Od czasu do czasu kielich czy kość spadały ze świstem z gałęzi w górze. Scotti maszerował więc z wygiętą szyją, by nie stanąć na drodze takiego pocisku. Tworzące skomplikowaną sieć platformy, zaczepione na mocnych pędach bluszczu, jeździły w górę i w dół wzdłuż pnia miasta z wielkim wdziękiem, poruszane przez windziarzy o ramionach grubości brzucha byka. Scotti podszedł do najbliższego z nich na pierwszej z brzegu platformie. Operator leniwie palił szklaną fajkę.

"Czy mógłbyś zabrać mnie do Robalowego Urwiska?"

Mer skinął głową i już po kilku minutach Scotti znajdował się na wysokości dwustu stóp, u styku dwóch potężnych konarów. Skłębione sieci mchu rozciągały się pomiędzy konarami, tworząc nierówny dach dla kilkudziesięciu niewielkich budynków. Okolica wydawała się opustoszała, ale zza zakrętu dochodziły odgłosy muzyki i gwar rozmów. Scotti dał windziarzowi napiwek - sztukę złota - i spytał o położenie Tawerny Matki Pascost.

"Prosto przed panem, ale nikogo się tam nie znajdzie", wyjaśnił windziarz, wskazując w kierunku, z którego dochodziły hałasy. "W Morndas wszyscy z Urwiska są na zabawie."

Scotti ruszył ostrożnie wąską uliczką. Choć grunt pod stopami wydawał się równie solidny, co marmurowe aleje Cesarskiego Miasta, jednak gałąź miała też miejsca, w których przez szpary widoczne były dziury sięgające w dół aż do rzeki. Usiadł na chwilę, by odpocząć i przyzwyczaić się do widoku. Dzień był przepiękny, ale już po kilku minutach kontemplacji Scotti podskoczył przestraszony. Mała tratewka zacumowana na wodzie pod nim przesunęła się o kilka cali w czasie, gdy jej się przyglądał. Ale tak naprawdę ani drgnęła. To on się ruszał. Razem ze wszystkim, co go otaczało. To nie była żadna przenośnia: miasto Falinesti wędrowało. I to z całkiem niezłą prędkością, jeśli zważyć na jego rozmiar.

Scotti wstał i po kilku krokach dostał się w obłok dymu, który wiatr przywiał zza zakrętu. Zapachniało najwspanialszą pieczenią. Urzędnik zapomniał o strachu i rzucił się biegiem tam, skąd dochodził zapach.

"Zabawa", o której wspomniał windziarz, odbywała się na olbrzymiej platformie przywiązanej do drzewa. W każdym innym mieście byłby to plac. Na platformie, ramię w ramię, znajdował się fantastyczny asortyment najbarwniejszych postaci, jakie Scottiemu kiedykolwiek zdarzyło się widzieć. Niektórzy jedli, inni - znacznie liczniejsi - pili, niektórzy tańczyli w takt melodii wygrywanych przez lutnistę i śpiewaka usadowionych na gałęzi nad tłumem. Większość zgromadzonych stanowili Bosmerzy, ubrani miejscowym zwyczajem w kolorowe skóry i kości. Drugą liczną grupą stanowili orkowie. W ciżbie przewijali się też, tańcząc i pokrzykując do siebie, odrażający ludzie-małpy. Kilka głów unoszących się ponad wszystkimi należało nie do bardzo wysokich osób, jak wydawało się Scottiemu, lecz do rodziny centaurów.

"Baraniny?" spytał stary pomarszczony mer, zajmujący się pieczeniem wielkiego kawału mięsa na rozgrzanych do czerwoności węglach.

Scotti szybko zapłacił mu sztukę złota i rzucił się na pieczoną nogę, którą otrzymał. Po chwili zapłacił jeszcze jedną sztukę złota za jeszcze jedną nogę. Sprzedawca zarechotał, gdy Scotti zakrztusił się chrząstką, i podał mu kubek spienionego białego płynu. Scotti pociągnął łyk i poczuł, jak przez całe jego ciało przebiega mu dreszcz, jakby ktoś go połaskotał.

"Co to?" zapytał.

"Jagga. Sfermentowane mleko świni. Dzban i jeszcze trochę baraniny za sztukę złota?"

Scotti zgodził się, zapłacił, pochłonął mięso, wziął dzban ze sobą i ruszył wmieszać się w tłum. Liodesa Jurusa, człowieka, na którego prośbę przybył do Puszczy Valen, nie było widać w okolicy. Kiedy dzban był w jednej czwartej pusty, Scotti w ogóle przestał go wypatrywać. Kiedy był pusty w połowie, Scotti tańczył z tłumem, nie zwracając najmniejszej uwagi na połamane gałęzie i dziury w ogrodzeniu. Wypiwszy trzy czwarte dzbana wymieniał dowcipy z grupą stworzeń, w których języku nie umiał powiedzieć ani słowa. Kiedy dzban był już pusty, Scotti zasnął, chrapiąc. Zabawa trwała dalej wokół jego uśpionego ciała.

Następnego ranka Scotti, wciąż senny, odniósł wrażenie, że ktoś go całuje. Złożył wargi, by odpowiedzieć pocałunkiem, ale poczuł taki ból w klatce piersiowej, że natychmiast otworzył oczy. Na jego piersiach siedział insekt wielkość sporego cielęcia. Jego ciężar przygniatał Scottiego do ziemi, spiczaste odnóża przytrzymywały go, a centralnie położony otwór gębowy, umieszczony na pokrytej ostrzami spirali, rozdzierał mu koszulę. Scotti wrzasnął i jął się wyrywać, ale bestia była zbyt silna. Trafiła na swój posiłek i miała zamiar go dokończyć.

"Już po mnie" , pomyślał przerażony Scotti. Nie powinienem był nigdy opuszczać domu. Mogłem zostać w Mieście. Może znalazłbym pracę u Lorda Vanecha. Mógłbym znowu zacząć jako młodszy urzędnik i powoli piąć się w górę.

Nagle gęba odsunęła się od piersi Scottiego. Insektem wstrząsnęła drgawka, bluzgnął żółcią i znieruchomiał.

"Mam jednego!" gdzieś niezbyt daleko odezwał się głos.

Przez moment Scotti leżał bez ruchu. Bolała go głowa, paliło w piersiach. Kątem oka zobaczył coś poruszającego się. Nadciągało kolejne monstrum. Spróbował się wyrwać spod trupa pierwszego, ale zanim mu się to udało, rozległ się odgłos zwalniania łuku i strzała przebiła drugiego insekta.

"Dobry strzał!" krzyknął inny głos. "Daj jeszcze raz do tego pierwszego! Przed chwilą się poruszył!"

Tym razem Scotti poczuł siłę uderzenia strzały o trupa. Krzyknął, ale sam słyszał, jak cielsko robala zagłusza jego głos. Spróbował ostrożnie wysunąć stopę i obrócić się na bok, ale ruch przekonał tylko łuczników, że monstrum wciąż jeszcze żyło. W stronę Scottiego pomknął rój strzał. Ciało było już tak podziurawione, że krew insekta (a zapewne i jego ofiar) zaczęła wyciekać na Scottiego.

Kiedy Scotti był młodzieńcem, czyli zanim stał się zbyt wyrafinowany na takie rozrywki, chadzał często na Cesarską Arenę na konkursy sztuk wojennych. Przypomniał sobie weterana walk, który w odpowiedzi na prośby powierzył mu taki sekret: "Kiedy nie wiem, co zrobić, a mam tarczę, zostaję za tą tarczą."

Scotti postąpił według tej rady. Po godzinie, kiedy przestały go dobiegać odgłosy strzałów, odrzucił na bok cielsko robala i najszybciej, jak potrafił, stanął na nogach. Pośpiech był uzasadniony: ośmiu łuczników stało z wycelowanymi w jego stronę strzałami gotowymi do lotu. Kiedy go zobaczyli, parsknęli śmiechem.

"Nikt ci nie mówił, żebyś nie zasypiał na zachodnich konarach? Jak mamy wytępić hoarvory, jeśli wy pijacy ciągle je dokarmiacie?"

Scotti potrząsnął głową i ruszył z powrotem przez platformę do Robalowego Urwiska. Był zakrwawiony, miał podarte ubranie, padał ze zmęczenia i wpił zbyt wiele sfermentowanego świńskiego mleka. Jedyne, czego pragnął, to porządne miejsce, żeby się położyć. Wszedł do Tawerny Matki Pascost. Było tam przejmująco wilgotno, po ścianach spływały soki drzewa, pachniało pleśnią.

"Nazywam się Decumus Scotti", powiedział. "Miałem nadzieję, że zatrzymał się tu niejaki Jurus."

"Decumus Scotti?" zastanowiła się grubawa właścicielka, sama Matka Pascost. "Skądś znam to nazwisko. A, to chyba dla ciebie zostawił wiadomość. Zobaczę, czy ją gdzieś tu znajdę."

Więcej w Fandom

Losowa wiki