Fandom

Elder Scrolls Wiki

Prawdziwa Barenziah tom IV

12 387stron na
tej wiki
Dodaj nową stronę
Komentarze0 Share

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Prawdziwa Barenziah tom IV – książka opisuje wczesne życie królowej Morrowind, Barenziah.

Treść Edytuj

'Straciłam wszystko, co darzyłam miłością', Barenziah myślała z przygnębieniem, patrząc na konnych żołnierzy przed i za sobą, na swoje pokojówki jadące powozem obok niej. 'Zyskałam jednak pewien majątek i władzę, wraz z obietnicą, że i majątek, i władza będą rosnąć. Zapłaciłam za nie wysoką cenę. Rozumiem teraz lepiej, dlaczego Tiber Septim tak sobie ceni swoją własną władzę i moc. Jeśli sam często płacił takie ceny... Na pewno wartość rzeczy mierzona jest ceną, jaką za nie płacimy.' Jechała - na swoje własne życzenie - na lśniącym dereszu, ubrana jak wojownik w jasną, lekką, błyszczącą zbroję, dzieło mrocznych elfów.

Dni mijały jeden za drugim. Posuwali się krętą drogą na wschód, w kierunku zachodzącego słońca. Dookoła nich powoli zaczynały się wznosić strome górskie zbocza Morrowind. Powietrze było rozcieńczone. Zimny, późnojesienny wiatr wiał bez ustanku. Jednak czuło się też słodko-korzenny zapach kwitnącej późno czarnej róży, kwiatu charakterystycznego dla Morrowind, rosnącego w każdym rozłamie, w każdej skalnej rozpadlinie, znajdującego zaczepienie dla korzeni nawet na najbardziej skalistych zboczach. W małych wioskach i miasteczkach mroczne elfy gromadziły się przy drodze jej przejazdu, wywołując jej imię, a czasami po prostu wpatrując się w orszak. Większość żołnierzy w eskorcie stanowili Redgardzi; poza nimi jechały z nią też elfy wysokiego rodu, Nordowie i Bretoni. Kiedy tak zbliżali się coraz bardziej do serca Morrowind, stawali się oni coraz bardziej niespokojni. Zbijali się w małe grupki dla ochrony. Nawet elficcy żołnierze zdawali się niepewni.

Ale Barenziah czuła, że jest w domu - nareszcie. Czuła, jak kraj wita ją przyjaźnie. Jej kraj.

Symmachus w eskorcie żołnierzy wyjechał jej na spotkanie na granicy Twierdzy Smutku. Prawie połowę eskorty stanowiły mroczne elfy. Zauważyła, że wszyscy nosili cesarskie mundury.

Odbyła się wielka parada wjazdowa. Dygnitarze wygłosili przemówienia.

'Odnowiłem dla ciebie królewskie apartamenty', powiedział generał, kiedy dojechali do pałacu. 'Ale możesz oczywiście zmienić wszystko, co ci się nie spodoba'. Przedstawił jej szczegóły koronacji, która miała się odbyć w tydzień później. Zachowywał się jak zwykle rozkazująco, ale Barenziah wyczuła coś jeszcze. Zależało mu na jej aprobacie. Wyraźnie jej szukał. To była nowość; nigdy przedtem nie zależało mu na jej opinii.

Nie spytał jej o nic związanego z pobytem w Cesarskim Mieście ani o jej romans z Tiberem Septimem, choć Barenziah była pewna, że Drelliane powiedziała mu - albo wcześniej napisała - o wszystkich szczegółach.

Sama ceremonia była mieszaniną starego i nowego, starożytnej tradycji mrocznych elfów z Twierdzy Smutku z nakazami cesarskich dekretów. Zaprzysiężono ją do służby Cesarstwu i Tiberowi Septimowi, jak również ziemi Twierdzy Smutku i jej ludowi. Przyjęła przysięgi wierności od ludu, szlachty i rady. Ta ostatnia składała się z wysłanników cesarskich (których oficjalnie nazywano 'doradcami') i miejscowych reprezentantów ludu Twierdzy Smutku - głównie starszyzny, jak nakazywał zwyczaj mrocznych elfów.

Jak się okazało, Barenziah musiała poświęcać większość swojego czasu na próby pojednania tych dwóch frakcji i ich zwolenników. Starszyzna musiała zazwyczaj ustępować, zważywszy na reformy wprowadzone przez Cesarstwo, a dotyczące własności ziemi i uprawiania roli. Większość z nowych regulacji była jawnie sprzeczna z tradycjami mrocznych elfów. Tiber Septim, 'w imię Jedynego', nakazał im przestrzeganie owej tradycji - najwyraźniej mieli mu się podporządkować także bogowie i boginie.

Nowa królowa poświęciła się pracy i studiom. Skończyła z miłością i z mężczyznami na długi, długi czas, może nawet na zawsze. Odkryła inne rozrywki, zgodnie z tym, co dawno temu obiecał jej Symmachus: przyjemności płynące z rozwijania umysłu i ze sprawowania władzy. Ku własnemu zaskoczeniu (pamiętała, jak w Cesarskim Mieście z niechęcią oddawała się nauce) odkryła w sobie wielkie zainteresowanie historią i mitologią mrocznych elfów, głód wiedzy o ludzie, z którego się wywodziła. Radość sprawiło jej dowiedzenie się, że mroczne elfy od niepamiętnych czasów słyną jako dumni wojownicy, zręczni rzemieślnicy i przemyślni magowie.

Tiber Septim żył przez kolejne pół wieku. Barenziah spotkała się z nim kilka razy, składając wizyty w Cesarskim Mieście. Cesarz nieodmiennie witał ją ciepło i odbywał z nią długie rozmowy o tym, co działo się w Cesarstwie. Zdawało się, że zupełnie zapomniał o tym, iż łączyło ich kiedyś coś więcej, niż sympatia i głęboki sojusz polityczny. Z upływem czasu niewiele się zmieniał. Mówiono, że jego magowie wynaleźli zaklęcia, pomagające przedłużyć jego witalność, a nawet, iż Jedyny obdarzył go nieśmiertelnością. Jednak pewnego dnia przybył kurier z wieścią, że Tiber Septim zmarł, a tron Cesarstwa objął po nim jego wnuk, Pelagius.

Barenziah i Symmachus wysłuchali wiadomości na osobności. Były cesarski generał, obecny premier, przyjął informację z właściwym sobie stoickim spokojem.

'To się wydaje jakoś niemożliwe', powiedziała Barenziah.

'Mówiłem ci. Ai. Tak to już jest z ludźmi. Żyją krótko. To bez znaczenia; władza trwa dalej, tyle że teraz w rękach jego potomka.'

'Nazywałeś go kiedyś przyjacielem. Nic nie czujesz? Żalu? Tęsknoty?'

Wzruszył ramionami. 'Swego czasu ty sama nazywałaś go czymś więcej, niż przyjacielem. Co ty czujesz, Barenziah?' Już dawno porzucili zwyczaj formalnego tytułowania się w prywatnych sytuacjach.

'Pustkę. Samotność', powiedziała, a potem też wzruszyła ramionami. 'Ale to nic nowego.'

'Ai. Wiem', powiedział łagodnie, biorąc ją za rękę. 'Barenziah...' Uniósł jej twarz i pocałował ją.

Zdziwiła się. Nie pamiętała, żeby dotknął jej kiedykolwiek przedtem. Nigdy nie myślała o nim w ten sposób... a jednak, niezaprzeczalnie, przepełniło ją dawno zapomniane uczucie ciepła. Zapomniała już, jakie to było przyjemne. Nie ten żar, który czuła przy Tiberze Septimie, ale uspokajające, żywe ciepło, które przypominało jej... Słomkę! Słomka. Biedny Słomka. Od tak dawna o nim nie myślała. Pewnie jest już podstarzałym człowiekiem z tuzinem dzieci, pomyślała z sentymentem.... i z serdeczną żoną, która - miała nadzieję - była gadatliwa za dwóch.

'Wyjdź za mnie, Barenziah', mówił Symmachus, jak gdyby dostrajając się do jej myśli o małżeństwie, dzieciach, żonach. 'Pracowałem i czekałem już chyba dość długo?'

Małżeństwo. Wieśniak i jego wieśniacze marzenia. Ta myśl, nieproszona, ale bardzo wyraźna, pojawiła jej się w głowie. Czy nie tak samo myślała kiedyś o Słomce, wiele lat wcześniej? A jednak - dlaczego nie? Jeśli nie Symmachus, to kto?

Wiele ze szlacheckich rodzin Morrowind nie przetrwało wielkiej wojny zjednoczeniowej Tibera Septima. Przywrócona została władza mrocznych elfów, ale nie ich dawne rody, nie prawdziwa szlachta. Większość z osób u władzy stanowili teraz nuworysze, a z tych niewielu dorównywało Symmachusowi charakterem czy zasługami. Walczył, by Twierdza Smutku pozostała całością, podczas gdy wielu 'doradców' z radością obdarłoby ją do kości, tak jak się to stało z Ebonheart. Walczył dla Twierdzy Smutku, walczył dla niej, aby ona i jej królestwo mogli rozkwitać. Poczuła nagły przypływ wdzięczności... a wraz z nią uczucia do niego. Był stały. Można było na nim polegać. Służył jej dobrze. Kochał ją.

'Dlaczego nie?' powiedziała z uśmiechem. Ujęła jego dłoń i pocałowała go.

Był to bardzo udany związek, tak pod względem politycznym, jak i osobistym. Wnuk Tibera Septima, cesarz Pelagius I, miał uprzedzenia wobec Barenziah, jednak bezgranicznie ufał staremu przyjacielowi swojej rodziny.

Prości mieszkańcy Morrowind z kolei mieli uprzedzenia wobec Symmachusa, tak z powodu jego niskiego pochodzenia, jak i ze względu na jego bliskie powiązania z Cesarstwem. Ale popularność królowej była olbrzymia. 'Lady Barenziah jest z naszych', szeptano. 'Tak samo w niewoli jak my'.

Barenziah była szczęśliwa. Miała pracę, miała przyjemności - czego więcej można oczekiwać od życia?

Lata mijały szybko, wypełnione kryzysami do rozwiązania, klęskami gradu i głodu do odwrócenia, spiskami do wykrycia, spiskowcami do stracenia. Twierdza Smutku rosła w dobrobyt. Ludzie czuli się bezpieczni i żyło im się dobrze, kopalnie i farmy prosperowały. Wszystko było jak z marzeń... ale królewskie małżeństwo nie miało dzieci. Nie miało dziedziców.

Elfickie dzieci, zwłaszcza ze szlachetnych rodów, nie śpieszą się na świat; czekają na najlepszy moment. Minęło więc wiele dziesięcioleci, zanim Barenziah i Symmachus zaczęli się niepokoić.

'To moja wina. Jestem jak towar z wadami', powiedziała gorzko Barenziah. 'Jeśli chcesz wziąć inną...'

'Nie chcę żadnej innej', powiedział łagodnie Symmachus. 'Ani nie wiem na pewno, że to twoja wina. Może moja? Ai. Obojętne. Poszukamy lekarstwa. Jeśli coś zostało zepsute, na pewno może zostać naprawione.'

'Jak? Skoro nie możemy powierzyć nikomu prawdy? Przysięgi uzdrowicieli bywają zawodne.'

'Możemy zmienić trochę czas i okoliczności. Cokolwiek powiemy lub czegokolwiek nie powiemy, Jephre Bajarz nie spocznie. Jego twórczy umysł i giętki język zawsze rozpuszczają plotki i bujdy.'

Kapłani i uzdrowiciele przybywali i odjeżdżali, ale wszystkie ich modły i napary nie przyniosły nawet nadziei na zmianę stanu Barenziah. W końcu królewska para przestała próbować walczyć z losem i pozostawiła sprawę potomka w rękach bogów. Jak na elfy byli jeszcze młodzi; mieli przed sobą całe wieki. Mieli czas. Elfy zawsze miały czas.

Barenziah siedziała w jadalni przy kolacji. Przesuwała jedzenie po talerzu to w jedną stronę, to w drugą. Czuła się znudzona i niespokojna. Symmachus wyjechał do Cesarskiego Miasta, wezwany przez praprawnuka Tibera Septima, Uriela Septima. A może był jego prapraprawnukiem? Zdała sobie sprawę, że straciła rachubę. Twarze zlewały jej się w jedno. Może powinna była pojechać z Symmachusem, ale akurat do pałacu przybyła delegacja z miasta Łza w drobnej sprawie, która jednak wymagała starannego załatwienia.

W jednym z bocznych pomieszczeń śpiewał bard. Barenziah nie słuchała. Ostatnio wszystkie pieśni wydawały jej się jednakowe, stare czy nowe. Nagle jednak jedna fraza przykuła jej uwagę. Bard śpiewał o wolności, o przygodzie, wyzwoleniu Morrowind z łańcuchów. Jak śmiał! Barenziah wyprostowała się i obróciła na niego stalowe spojrzenie. Co gorsza, zdała sobie sprawę, że bard śpiewał o jakiejś pradawnej, dawno już zapomnianej wojnie z Nordami ze Skyrim, sławiąc bohaterstwo króla Edwarda i jego dzielnych towarzyszy. Opowieść była stara, ale sama pieśń wydawała się nowa, a jej wydźwięk... Barenziah nie była pewna.

Bard był imponującą postacią. Miał silny, pełen pasji głos i świetne wyczucie muzyki. Był też przystojny na swój łobuzerski sposób. Nie wyglądał na zamożnego i nie był już młody. Na pewno miał nie mniej, niż sto lat. Dlaczego nie słyszała go nigdy przedtem, albo przynajmniej nie słyszała o nim?

'Kto to?' spytała jednej z dam dworu.

Kobieta wzruszyła ramionami. 'Nazywa się Słowikiem, Milady. Zdaje się, że nikt nic o nim nie wie.'

'Poproś go, aby podszedł porozmawiać ze mną, gdy skończy.'

Mężczyzna zwany Słowikiem podszedł do niej i podziękował za zaszczyt audiencji oraz za ciężką sakiewkę, jaką mu podała. Nie zachowywał się wcale zadziornie, raczej był cichy i układny. Z chęcią opowiadał jej plotki o innych, ale na swój temat nie zdradził jej zupełnie nic... wszystkie pytania zbywał żartami lub przesadnymi, zmyślonymi opowieściami. Robił to jednak z takim wdziękiem, że nie można było poczuć z tego powodu urazy.

'Moje prawdziwe imię? Milady, ja jestem nikim. Nie, nie, to moi rodzice nazwali mnie Ni Kim. A może Tonikt? Czy to ma znaczenie? Żadnego. Jak rodzice mogą nadać imię temu, kogo nie znają? A... chyba tak mnie nazwali: Nie z Namy. Jestem Słowikiem od tak dawna, że aż nie pamiętam od kiedy - co najmniej od zeszłego miesiąca? Tygodnia? Widzisz, całą moją pamięć pochłaniają pieśni i opowieści. Dla mnie samego nie zostaje zupełnie nic. Jestem raczej nudny. Gdzie się urodziłem? We wsi Nigda. Planuję osiąść w Powędrówce, kiedy tam dotrę... ale muszę przyznać, że się tam nie spieszę.'

'Rozumiem. Czy następnie masz zamiar przeprowadzić się do Ożenku?'

'Milady jest bardzo spostrzegawcza. Choć podobają mi się także Przy Gody, w każdym razie od czasu do czasu.'

'Czyli jesteś zmienny?'

'Jak wiatr, Milady. Wieję tu i tam, gorący albo chłodny, jak przypadek każe. Przypadek jest moim rozkazem. Nikomu innemu nie służę tak dobrze.'

Barenziah uśmiechnęła się. 'Zostań z nami na jakiś czas... jeśli zechcesz, Milordzie z Mienny.'

'Jak sobie życzysz, Lady z Myślna.'



Po tej krótkiej wymianie zdań Barenziah na powrót poczuła się żywo zainteresowana światem dookoła siebie. Wszystko wydawało jej się świeże i ciekawe. Z zapałem witała każdy dzień, ciesząc się na samą myśl o rozmowie ze Słowikiem i o darze jego pieśni. W odróżnieniu od innych bardów Słowik nigdy nie wychwalał jej - ani żadnych innych kobiet - w swoich pieśniach; opowiadał jedynie o przygodach i bohaterskich dokonaniach.

Kiedy spytała go o przyczynę tego, odparł: 'Jaką pochwałę mógłbym dać ci, Milady, która przewyższałaby tę, jaką daje ci każdego dnia twoje lustro? A jeśli pragniesz słów, masz słowa największych, większych niż ja. Jakże miałbym z nimi konkurować, ja, urodzony ledwie tydzień temu?'

Któregoś dnia rozmawiali prywatnie. Królowa, nie mogąc zasnąć, wezwała Słowika do swej komnaty w nadziei, że muzyka ją uspokoi. 'Jesteś leniwy i tchórzliwy, sera. Nic innego nie mogę ci zarzucić.'

'Milady, by cię wysławiać, musiałbym cię znać. Nie jestem w stanie cię poznać. Jesteś otoczona enigmą, spowita w obłok tajemnicy.'

'Nie. To twoje słowa nadają rzeczom aurę sekretu. Twoje słowa... i twoje oczy. I twoje ciało. Poznaj mnie - jeśli zechcesz. Jeśli się odważysz.'

Zrobił, jak chciała. Leżeli tuż przy sobie, całując się i obejmując. 'Nawet Barenziah nie zna Barenziah', szepnął cicho. 'Więc jakże ja bym mógł? Milady, szukasz, a nie wiesz czego, ani po co. Czego ci trzeba, czego nie masz?'

'Namiętności', odparła. 'Namiętności. I zrodzonych z niej dzieci.'

'A dla dzieci co? Jakie prawa?'

'Wolność', powiedziała. 'Wolność bycia tym, kim są. Powiedz mi, ty, który wydajesz się tym oczom i uszom najmądrzejszym. Gdzie to odnajdę?'

'Leży jedno przy tobie, drugie pod tobą. Ale czy starczy ci odwagi, by wyciągnąć rękę i sięgnąć po to, co może być twoje i twoich dzieci?'

'Symmachus...'

'Ja jestem częścią tego, czego szukasz. Druga część spoczywa ukryta w kopalniach twojego królestwa. Da nam siłę spełnienia naszych marzeń. To, z pomocą czego król Edward uwolnił Wysoką Skałę spod dominacji Nordów. Jeśli posłużyć się tym umiejętnie, Milady, nikt się nie oprze. Nawet siła Cesarstwa nie wystarczy. Wolność, mówisz? Barenziah, to właśnie jest wolność od łańcucha, który cię krępuje. Pomyśl o tym.' Pocałował ją delikatnie i odsunął się od niej.

'Odchodzisz..?' krzyknęła. Jej ciało było pełne pragnienia.

'Na razie', odparł. 'Przyjemności ciała są niczym w porównaniu z tym, co moglibyśmy przeżyć razem. Zastanów się nad tym, co ci powiedziałem.'

'Nie muszę się zastanawiać. Co trzeba zrobić? Jakie przygotowania poczynić?'

'Przygotowań żadnych... Nie można tak po prostu wjechać do kopalni, to prawda. Ale z królową u boku, kto mnie powstrzyma? Kiedy będziemy już pod ziemią, poprowadzę cię tam, gdzie spoczywa i zabierzemy, co mamy zabrać, z miejsca spoczynku.'

Dopiero wtedy wiedza zgromadzona podczas lat studiów wynurzyła się z jej pamięci. 'Róg Wezwania', szepnęła z podziwem. 'Czy to prawda? Czy to możliwe? Skąd wiesz? Czytałam, że spoczywa zakopany w jaskiniach Daggerfall.'

'Nie. Wiele czasu spędziłem, badając to. Król Edward, nim zmarł, przekazał Róg swemu przyjacielowi królowi Moraelynowi na przechowanie. Moraelyn w sekrecie przywiózł go do Twierdzy Smutku i złożył pod straż bogowi Ephenowi - to jego miejsce urodzenia, jego domena. Teraz wiesz tyle, co i ja wiem dzięki wielu latom żmudnej pracy...'

'Ale bóg? Co z Ephenem?'

'Wierz mi, Milady, serce moje. Wszystko będzie dobrze.' Śmiejąc się lekko, posłał jej ostatniego całusa i zniknął z komnaty.

Następnego dnia przejechali przez wielką, strzeżoną bramę prowadzącą na tereny kopalń. Pod pozorem zwykłej królewskiej inspekcji Barenziah - w towarzystwie jedynie Słowika - schodziła w kolejne podziemne korytarze. Wreszcie dotarli do miejsca, które wyglądało jak zapomniane, zamurowane drzwi. Przeszli przez nie. Znaleźli się w starożytnej, dawno już porzuconej części kopalni. Posuwali się naprzód z trudem, bo niektóre ze starych sztolni zawaliły się lub wyglądały, jakby mogły się zapaść w każdej chwili. Przedzierali się miedzy stertami gruzu. Wielkie szczury i pająki próbowały czasami rzucać się na nich, ale odpędzali je: Barenziah zaklęciami, Słowik sztyletem.

'Na zbyt długo oddaliliśmy się', powiedziała po jakimś czasie Barenziah. 'Wyruszą nas szukać. Co mam im powiedzieć?'

'Co zechcesz', zaśmiał się Słowik. 'Jesteś przecież królową!'

'Lord Symmachus...'

'Wieśniak jest posłuszny temu, kto ma władzę. Zawsze tak było, zawsze tak będzie. Władza będzie należeć do nas, Milady, miłości moja.' Jego usta smakowały jak najsłodsze wino; jego dotyk był jak połączony ogień i lód.

'Teraz', powiedziała. 'Weź mnie teraz. Jestem gotowa.' Całe jej ciało zdawało się wibrować. Napięcie ogarniało wszystkie mięśnie, wszystkie nerwy.

'Nie jeszcze. Nie tutaj, nie tak.' Machnął ręką, wskazując na zakurzone gruzy i ponure skalne ściany. 'Jeszcze tylko małą chwilę.' Barenziah niechętnie skinęła głową na znak zgody. Ponownie ruszyli przed siebie.

'To tutaj', powiedział wreszcie, zatrzymując się przed gładką ścianą. 'Tu spoczywa.' Palcem namalował run na zakurzonej powierzchni, poruszając drugą ręką w rytm zaklęcia.

Ściana znikła. Za nią znajdowało się wejście do prastarej świątyni. Na środku stała statua boga, trzymającego w ręku młot wzniesiony nad adamantowym kowadłem.

'Na mą krew, Ephenie!' wygłosił Słowik. 'Zaklinam cię: obudź się! Jestem dziedzicem Moraelyna z Ebonheart, ostatnim z królewskiego rodu! W naszych żyłach płynie ta sama krew! W dniu potrzeby Morrowind, gdy elfom zagraża utrata dusz i samych siebie, oddaj mi to, czego strzeżesz! Zaklinam cię - uderz!'

Na te słowa statua rozświetliła się blaskiem i ożyła. Czarne kamienne oczy błysnęły czerwienią. Kamienna głowa skinęła. Młot uderzył w kowadło, które z potężnym hukiem rozpadło się na części. Za nim rozsypał się w kawałki sam kamienny bóg. Barenziah zasłoniła uszy dłońmi i kucnęła, trzęsąc się i jęcząc głośno.

Słowik ruszył śmiało do przodu i z okrzykiem ekstazy chwycił przedmiot, który spoczywał wśród odłamków. Uniósł go wysoko w górę.

'Ktoś idzie!' zawołała Barenziah, przerażona. Nagle zauważyła, co Słowik trzyma w ręku. 'Czekaj - to nie Róg! To - to laska!'

'Racja, Milady. Nareszcie dostrzegasz prawdę.' Słowik zaśmiał się w głos. 'Przykro mi, droga Milady, ale teraz muszę cię porzucić. Może spotkamy się jeszcze kiedyś. Na razie... Na razie, Symmachusie', powiedział do postaci zakutej w zbroję, która wynurzyła się z ciemności za nimi. 'Jest cała twoja. Możesz ją sobie wziąć z powrotem.'

'Nie!' Barenziah krzyknęła ile sił w płucach. Zerwała się i rzuciła za nim, ale Słowik zniknął. Rozpłynął się w powietrzu w chwili, gdy Symmachus z mieczem w dłoni niemal go sięgnął. Miecz przeciął puste powietrze. Symmachus zamarł bez ruchu, jakby zastępując kamiennego boga.

Barenziah nic nie mówiła, nic nie słyszała, nic nie widziała... nic nie czuła.

Symmachus powiedział sześciu czy siedmiu elfom ze swojej eskorty, że Słowik i królowa Barenziah zgubili się w podziemiach i że zaatakowały ich gigantyczne pająki. Że Słowik stracił grunt pod stopami i spadł w przepaść, która się nad nim zamknęła. Że nie dało się znaleźć jego ciała. Że królowa była wstrząśnięta zdarzeniem i w głębokiej żałobie po przyjacielu, który padł w jej obronie. Miał taką siłę przekonywania, że żołnierze, z których żaden nie widział więcej, niż sekundy zdarzeń, byli pewni, że jego opis zgadzał się z rzeczywistością.

Królową odwieziono do pałacu i zaniesiono do jej komnat. Odprawiła całą służbę. Usiadła przed lustrem i siedziała tak przez długi czas, ogłuszona, zbyt przejęta, by płakać. Symmachus stał nad nią, patrząc na nią.

'Czy masz pojęcie, co właśnie zrobiłaś?' spytał wreszcie - chłodnym tonem bez wyrazu.

'Powinieneś był mi powiedzieć', szepnęła Barenziah. 'Laska Chaosu! Przez myśl mi nie przeszło, że spoczywa właśnie tutaj. On mówił... mówił...' Z ust wyrwał jej się jęk; aż zgięła się w pół z rozpaczy. 'Cóż ja zrobiłam? Cóż zrobiłam? Co się teraz stanie? Co będzie ze mną? Z nami?'

'Kochałaś go?'

'Tak. Tak, tak, tak! Mój Symmachusie, niech bogowie będą dla mnie łaskawi, ale naprawdę go kochałam. Kiedyś. Teraz... Teraz... Nie wiem. Nie jestem pewna... Ja...'

Surowa twarz Symmachusa złagodniała, a w jego oczach pojawiło się nowe światełko. Westchnął: 'Ai. To już coś. Jeszcze będziesz matką, jeśli w mojej mocy jest to sprawić. A co do reszty, Barenziah, moja najdroższa Barenziah, obawiam się, że sprowadziłaś straszliwą burzę nad naszą ziemię. Jeszcze trochę potrwa, nim się rozszaleje. A kiedy nadejdzie, zmierzymy się z nią razem. Jak zawsze.'

Podszedł do niej, zdjął z niej ubranie i zaniósł ją do łóżka. Z żalu i pożądania jej osłabione ciało pod dotykiem jego muskularnych rąk zadrżało jak nigdy przedtem, wyzwalając to wszystko, co obudził w niej Słowik. A kiedy to się stało, uspokoiły się w niej duchy wszystkiego tego, co zniszczył.

Była pusta i opróżniona. Teraz została napełniona, gdyż w jej łonie pojawiło się dziecko. Kiedy wewnątrz jej ciała rósł jej syn, rosło też jej uczucie do cierpliwego, wiernego Symmachusa. Z przyjaźni i sympatii urosło do pełni prawdziwej miłości. W osiem lat później pobłogosławieni zostali raz jeszcze; tym razem narodziła im się córka.

Zaraz po tym, jak Słowik skradł Laskę Chaosu, Symmachus wysłał potajemnie pilne wiadomości do Uriela Septima. Pojechałby do Cesarskiego Miasta sam, ale postanowił jednak zostać i opiekować się ciężarną Barenziah. I kradzież, i niezłożenie Cesarzowi wizyty stały się powodem, dla którego popadł w niełaskę. Na poszukiwanie złodzieja wysłano szpiegów, ale Słowik jakby powrócił tam, skąd się pojawił... gdziekolwiek to by nie było.

'Mroczny elf, przynajmniej w części', powiedziała Barenziah. 'Ale częściowo na pewno człowiek. Inaczej nie byłabym tak szybko płodna.'

'Mroczny elf na pewno i to z krwią Ra'athim z żyłach, inaczej nie udałoby mu się wyzwolić Laski', domyślał się Symmachus. Odwrócił się i spojrzał na nią. 'Nie sądzę, żeby kiedykolwiek przyszedł to twojego łoża. Jako elf nie miałby odwagi; nigdy nie zdołałby się od ciebie oderwać.' Uśmiechnął się, a potem na powrót spoważniał. 'Ai! Wiedział, że znajdzie tam Laskę a nie Róg, i że będzie musiał użyć teleportacji, by wydostać się z kopalni. Laska nie jest bronią, która pomogłaby mu w walce - Róg jest. Chwała bogom, że przynajmniej tego nie ma! Zdaje się, że wszystko poszło tak, jak zakładał... ale ile wiedział? Sam złożyłem tam Laskę, z pomocą jednego z pomniejszych Ra'athim, który teraz w nagrodę jest królem na zamku Ebonheart. Tiber Septim wziął Róg, ale zostawił Laskę, by tu ją bezpiecznie przechować. Ai! Teraz Słowik może użyć Laski, by siać ziarno niepokoju i nieszczęścia, gdzie tylko się ruszy, jeśli taka jego wola. Ale samo to nie da mu władzy. Władzę daje Róg i umiejętność użycia go.'

'Nie jestem pewna, czy Słowik dąży do władzy', powiedziała Barenziah.

'Wszyscy dążą do władzy', odparł Symmachus. 'Każdy na swój sposób'.

'Nie ja', odpowiedziała. 'Ja, Milordzie, mam już wszystko, czego pragnę.'

Inne tomy Edytuj

Więcej w Fandom

Losowa wiki