Fandom

Elder Scrolls Wiki

Prawdziwa Barenziah tom I

12 425stron na
tej wiki
Dodaj nową stronę
Komentarze0 Udostępnij

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Prawdziwa Barenziah, tom I – książka opisuje wczesne życie królowej Morrowind, Barenziah.

Treść Edytuj

Pięćset lat temu w Mournhold, Mieście Klejnotów, mieszkała ślepa wdowa z synem, rosłym młodzieńcem. Był on górnikiem jak jego ojciec, zwykłym robotnikiem w kopalniach władcy Mournhold, z powodu mizernych zdolności do magii. Była to szlachetna, lecz kiepsko płatna praca. Jego matka, by pomóc mu zarobić na chleb, piekła i sprzedawała na targu placki z czerniówki. Wiedzie im się nieźle, mówiła, bo mają czym napełnić brzuchy, nikt i tak nie nosi więcej niż jedno ubranie naraz, a dach przecieka tylko podczas deszczu. Lecz Symmachus pragnął czegoś więcej. Miał nadzieję trafić na bogatą żyłę, co dałoby mu dużą premię. W wolnym czasie lubił wychylić kubek piwa w gospodzie z kolegami, z którymi grywał w karty. Przyciągał też oczy i serca wielu elfich dziewcząt, choć żadna nie zagościła na dłużej w jego sercu. Był typowym mrocznym elfem chłopskiego pochodzenia i wyróżniał się tylko posturą. Mówiono, że miał w sobie nieco norskiej krwi.

Kiedy Symmachus miał trzydzieści lat, w Twierdzy Smutku zapanowała wielka radość - Lordowi i Lady urodziła się córka. Królowa, śpiewano - urodziła się nam Królowa! Mieszkańcy Twierdzy uważają narodziny dziedziczki za pewien znak przyszłego pokoju i dobrobytu.

W dniu Święta Nadania Imienia małej księżniczce kopalnie zostały zamknięte. Symmachus pobiegł do domu, by się wykąpać i przebrać w najlepsze ubranie. "Przybiegnę zaraz z powrotem do domu i opowiem ci o wszystkim", obiecał swojej matce, która nie mogła uczestniczyć w uroczystości. Nie czuła się dobrze; zresztą w tłoku, jaki zawsze panował przy takich okazjach, mogłaby stać się jej krzywda, a jako że była niewidoma i tak nie mogłaby obejrzeć przebiegu rytuału.

"Synu", powiedziała. "Nim pójdziesz, wezwij kapłana lub uzdrowiciela na wypadek, gdybym zeszła z tego świata, zanim wrócisz."

Symmachus rzucił się do jej siennika. Z trwogą zauważył, że miała rozpalone czoło i płytki oddech. Zerwał luźną klepkę podłogi, pod którą trzymali mizerne oszczędności na czarną godzinę. Nie wystarczyłoby to na zapłatę za uzdrowienie. Pomyślał, że da tyle, ile ma, a resztę zwróci później. Chwycił okrycie i wybiegł na zewnątrz.

Ulice pełne były ludzi zmierzających do świętego gaju. Świątynie były pozamykane. "Nieczynne na czas ceremonii", głosiły napisy na drzwiach.

Symmachus przedzierał się przez tłum, aż natknął się na kapłana w brązowej szacie. "Po rytuale, bracie", powiedział kapłan. "Jeśli masz dość złota, z przyjemnością zajmę się twoją matką. Milord nakazał wszystkim kapłanom wziąć udział w ceremonii - ja ze swojej strony nie mam zamiaru obrazić go nieposłuszeństwem."

"Moja matka jest bardzo chora", błagał Symmachus. "Milord na pewno nie zauważy nieobecności jednego kapłana."

"To prawda, ale Arcykapłan zauważy", powiedział kapłan nerwowo. Wyszarpał róg swojej szaty z desperackiego uchwytu Symmachusa i zniknął w tłumie.

Symmachus podchodził do innych kapłanów i nawet do kilku magów, ale bez powodzenia. Na ulicy pojawili się uzbrojeni strażnicy. Jeden z nich odepchnął go na bok lancą. Symmachus zdał sobie sprawę, że nadciąga królewska procesja.

Kiedy powóz z lordowską parą zbliżył się, Symmachus wyrwał się przed tłum i krzyknął: "Milordzie! Milordzie! Moja matka umiera...!"

"Zabraniam jej umierać w tak wspaniały wieczór!" odkrzyknął Lord, śmiejąc się i rzucając w tłum garść monet. Symmachus był tak blisko, że czuł otaczający go zapach wina. Po drugiej stronie powozu Lady przyciskała niemowlę do piersi. Patrzyła na Symmachusa zmrużonymi oczami, z nozdrzami rozszerzonymi odrazą.

"Straż!" zawołała. "Usunąć go." Silne ręce chwyciły Symmachusa. Został pobity i porzucony na poboczu.

Obolały powlókł się za tłumem i ze szczytu wzgórza obejrzał ceremonię Nadania Imienia. Widział kapłanów w brązowych szatach i odzianych na niebiesko magów zgromadzonych w wielkiej liczbie wokół szlachty daleko w dole.

Barenziah.

Imię dotarło do jego uszu, kiedy Wysoki Kapłan podniósł zawinięte dziecko w górę ku bliźniaczym księżycom po obu stronach nieboskłonu: wschodzącemu Jone, zachodzącemu Jode.

"Spójrzcie na Lady Barenziah, narodzoną w Twierdzy Smutku! Obdarzcie ją swym błogosławieństwem i radą, o dobre bóstwa! Niech rządzi Twierdzą, jej ludem i ziemią!"

"Niech będzie błogosławiona", zaintonowali zgromadzeni razem z Lordem i Lady, wznosząc ręce ku górze.

Tylko Symmachus stał w ciszy, ze spuszczoną głową. Wiedział w głębi serca, że jego najukochańsza matka zmarła. W ciszy złożył solenną przysięgę, że przyczyni się do klęski Lorda i z zemsty za niepotrzebną śmierć matki pojmie za żonę Lady Barenziah, tak aby wnuki jego matki narodziły się, by sprawować władzę w Twierdzy Smutku.

Po ceremonii patrzył bez emocji na powrót królewskiej procesji do pałacu. Zobaczył kapłana, z którym rozmawiał jako pierwszym. W zamian za złoto w sakiewce Symmachusa i za obietnicę dalszej zapłaty kapłan chętnie zgodził się zajść do jego matki.

Znaleźli ją martwą.

Kapłan westchnął i schował w fałdach szaty sakiewkę ze złotem. "Przykro mi, bracie. Co do reszty złota, nie troszcz się o to, i tak nic tu nie mogę zrobić. Najpewniej..."

"Oddawaj pieniądze!" żachnął się Symmachus. "Nic nie zrobiłeś, by je zarobić!" Uniósł ramię w geście pogróżki.

Kapłan usunął się i miał zamiar rzucić klątwę, ale cios Symmachusa wylądował na jego twarzy, nim słowa opuściły jego usta. Upadł ciężko, uderzając głową w jeden z kamieni otaczających palenisko. Zmarł od razu.

Symmachus chwycił złoto i uciekł z miasta. Biegnąc, powtarzał bezustannie jedno słowo, jak zaklęcie czarodzieja: "Barenziah. Barenziah. Barenziah."

Barenziah stała na jednym z pałacowych balkonów. Patrzyła w dół na dziedziniec, gdzie kręcili się żołnierze w zbrojach. Sformowali szyk i odezwali się zgodnym chórem, gdy jej rodzice, Lord i Lady, pojawili się w bramie pałacu, od stóp do głów zakuci w ebonowe zbroje, na które narzucili purpurowe futrzane okrycia, powiewające za nimi, gdy szli. Przyprowadzono im wystawnie osiodłane czarne konie, na które wsiedli i podjechali na dziedziniec, gdzie odwrócili się, by się z nią pożegnać.

"Barenziah!" wołali. "Do zobaczenia, najukochańsza!"

Dziewczynka powstrzymała łzy. Dzielnie pomachała do nich jedną ręką, drugą przytulając do siebie ukochane pluszowe zwierzątko, małego wilczka, którego nazywała Wuffen. Nigdy przedtem nie rozstawała się z rodzicami i nie wiedziała, co to oznacza - tyle tylko, że na zachodzie trwała wojna, a na wszystkich ustach było imię Tibera Septima, wymawiane z przerażeniem i nienawiścią.

"Barenziah!" zakrzyknęli żołnierze, unosząc lance, miecze i łuki. Jej kochani rodzice odwrócili się i odjechali, a za nimi żołnierze - długi strumień ludzi sączący się za bramę, aż dziedziniec niemal opustoszał.

Po pewnym czasie nadszedł dzień, kiedy Barenziah została wyrwana ze snu przez opiekunkę, ubrana pośpiesznie i wyniesiona z pałacu.

Jedyne, co zapamiętała z tych strasznych czasów, to wielki cień z gorejącymi oczami, zapełniający całe niebo. Przekazywano ją z rąk do rąk. Obcy żołnierze pojawiali się i znikali, a czasem pojawiali ponownie. Opiekunka znikła; zastąpił ją ktoś obcy, a potem cała seria bardziej lub mniej dziwnych obcych. Nastąpiły dni, może nawet tygodnie podróży.

Kiedy obudziła się pewnego ranka, wysiadła z powozu i znalazła się w zimnym miejscu, w którym między pustymi, niekończącymi się szaro-zielonymi wzgórzami stał potężny, szary, kamienny zamek. Obiema rękami przyciskała do piersi Wuffena. Stała, trzęsąc się z zimna, czując się bardzo mała i bardzo ciemna w tej bezkresnej, szaro-białej przestrzeni.

Razem z Haną, brązowoskórą, ciemnowłosą opiekunką, która podróżowała z nią od kilku dni, weszły do środka. Duża szaro-biała kobieta z lodowo-siwymi włosami stała przy kominku w jednej z komnat. Wpatrywała się w Barenziah przerażającymi, jasnobłękitnymi oczyma.

"Jest bardzo... czarna, prawda?" odezwała się do Hany. Nigdy przedtem nie widziała mrocznego elfa.

"Sama o nich nie wiem dużo, Milady", odparła Hana. "Ale ta ma rude włosy i odpowiedni do tego temperament, tyle mogę powiedzieć. Ostrożnie z nią. Gryzie. I nie tylko."

"Szybko ją tego oduczę", pokręciła głową kobieta. "A co to za brudna szmata? Fu!" Wyrwała Wuffena z rąk Barenziah i wrzuciła go w ogień na kominku.

Barenziah krzyknęła i rzuciłaby się za zabawką, gdyby nie powstrzymano jej - mimo prób gryzienia i drapania oprawców. Biedny Wuffen obrócił się w małą kupkę popiołu.

Barenziah rosła pod opieką Lorda Svena i jego żony Lady Ingi jak chwast przesadzony do ogrodu Skyrim. Pozornie była zdrowa i szczęśliwa, ale zawsze w jej wnętrzu obecne były chłód i pustka.

"Wychowałam ją jak własną córkę", Lady Inga lubiła wzdychać, kiedy okoliczne damy przybywały z wizytą. "Ale to mroczna elfka. Czego tu się spodziewać?"

Słowa te nie były przeznaczone dla uszu Barenziah; w każdym razie tak jej się zdawało. Jej słuch był znacznie lepszy, niż jej norskich gospodarzy. Do innych, mniej pożądanych elfickich cech należała ponoć skłonność do kradzieży, kłamstw i magii, choć co do tej ostatniej - Barenziah potrafiła tylko rzucić drobne zaklęcie ognia czy lewitacji. Kiedy podrosła, doszło do tego zainteresowanie chłopcami i mężczyznami, którzy zapewniali jej szalenie przyjemne doznania - a jak się okazało ku jej zdumieniu, także i prezenty. Z niewyjaśnionych przyczyn Inga nie aprobowała tego, więc Barenziah trzymała spotkania i ich owoce w najgłębszym sekrecie.

"Fantastycznie obchodzi się z dziećmi", dodawała Inga, mając na myśli swoich pięciu synów, którzy wszyscy byli młodsi od Barenziah. "Nigdy by nie pozwoliła, żeby stała się im krzywda." Kiedy Jonni miał sześć lat, a Barenziah osiem, zatrudniono nauczyciela - dzieci brały lekcje wspólnie. Barenziah pragnęła także ćwiczyć się w użyciu broni, ale sam taki pomysł oburzał Lady Ingę i Lorda Svena. Dano jej jedynie mały łuk i pozwolono bawić się z chłopcami w strzelanie do celu. Kiedy tylko mogła, przyglądała się ich lekcjom strzelania, ćwiczyła z nimi, kiedy w pobliżu nie było dorosłych, i wiedziała, że jest co najmniej tak samo dobra jak oni.

"Jest bardzo... dumna, prawda?" Któraś z pań zawsze szeptała do Ingi. Barenziah, udając, że nie słyszy, kiwała głową potakująco. Nie umiała zdusić w sobie poczucia wyższości wobec hrabiego i jego żony. Było w nich coś, co powodowało jej pogardę.

Później dowiedziała się, że Sven i Inga byli dalekimi kuzynami ostatnich prawomocnych rezydentów Twierdzy na Czarnowrzosiu. Wtedy zrozumiała: byli oszustami, udawali tylko władców, w rzeczywistości wiedząc, że nimi nie są; w każdym razie nie zostali wychowani do rządzenia. Wywołało to w niej gniew, porządną czystą nienawiść oddzieloną od osobistej niechęci. Zaczęła postrzegać ich jako odrażające insekty, których się nie cierpi, ale nigdy się ich nie boi.

Każdego miesiąca do zamku przybywał kurier cesarski, przywożąc małą sakiewkę złota dla Svena i Ingi oraz dużą torbę suszonych grzybów z Morrowind dla Barenziah - był to jej ukochany przysmak. Z okazji przyjazdu kuriera zawsze strojono ją w najlepsze ubrania. Lady Inga usiłowała sprawić, by wyglądała jak najlepiej - rzecz jasna, jak na mroczną elfkę - nim stawiła się przed kurierem, który rozmawiał z nią przez chwilę. Ten sam kurier rzadko pojawiał się dwa razy, ale wszyscy oni patrzyli na nią w podobny sposób: jak farmer na wieprzka, którego przygotowuje się do wystawienia na sprzedaż na targu.

Wiosną roku, w którym skończyła szesnaście lat, Barenziah zauważyła, że kurier patrzy na nią, jakby wreszcie była gotowa na sprzedaż.

Zastanowiła się nad tym i doszła do wniosku, że wcale nie chciała być sprzedana. Chłopiec stajenny Słomka, duży, muskularny blondyn, z charakteru ciepły, łagodny i dość prosty, od kilku tygodni namawiał ją, by z nim uciekła. Barenziah wykradła sakiewkę ze złotem, które zostawił kurier, zabrała ze spiżarni torbę z grzybami, korzystając ze starej tuniki Jonniego i jego bryczesów przebrała się za chłopca... i pewnej pięknej wiosennej nocy Słomka, i Barenziah zabrali dwa najlepsze konie ze stajni, i pognali w stronę Whiterun, najbliższego większego miasta oraz miejsca, gdzie Słomka pragnął osiąść. Twierdza Smutku i Morrowind także leżały w tym kierunku; te dwa miejsca przyciągały Barenziah jak magnes.

O poranku zgodnie z życzeniem Barenziah porzucili konie. Wiedziała, że ruszy za nimi pościg i że konie zostaną wytropione. Miała nadzieję, że w ten sposób poszukujący ich ludzie stracą ślad.

Parli naprzód pieszo aż do późnego popołudnia. Trzymali się pobocznych dróg. Przespali się przez kilka godzin w opuszczonej stodole. O zmierzchu ruszyli dalej; do bram Whiterun dotarli tuż przed świtem. Barenziah przygotowała dokumenty dla Słomki, z których wynikało, że miał sprawy do załatwienia w świątyni w imieniu jednego z lokalnych szefów wiosek. Sama prześlizgnęła się nad murem za pomocą zaklęcia lewitacji. Zakładała - jak się okazało, całkiem trafnie - że strażników powiadomiono już, iż mają wypatrywać młodej mrocznej elfki w towarzystwie Norda. Jednak samotni młodzi wieśniacy tacy jak Słomka byli tu powszechnym widokiem. Sam i z odpowiednimi dokumentami nie miał prawa przyciągać uwagi.

Jej prosty plan zadziałał bez zarzutu. Spotkała się ze Słomką w świątyni, która położona była w pobliżu bramy. Barenziah była już w Whiterun kilka razy. Dla Słomki był to pierwszy raz, kiedy znalazł się w odległości większej, niż kilka mil, od posiadłości Svena, gdzie się urodził.

Razem udali się do podniszczonej gospody w biedniejszej dzielnicy Whiterun. W rękawicach, opończy i kapturze, chroniących Barenziah przed chłodem poranka, jej ciemna skóra i czerwone oczy nie zwracały uwagi. Weszli do gospody osobno. Słomka zapłacił za jednoosobowy pokój, wielki posiłek i dwa kubki piwa. Barenziah wkradła się do pokoju kilka minut później.

Jedli i pili radośnie, świętując powodzenie planu, po czym z zapałem kochali się na wąskiej pryczy. Zmęczeni, zapadli w sen bez snów.

Zostali w Whiterun przez tydzień. Słomka zarobił trochę pieniędzy jako chłopiec na posługi. Barenziah okradła w nocy kilka domów. Wciąż ubierała się jak chłopak. Obcięła włosy na krótko i zafarbowała je na czarno. W miarę możliwości trzymała się z dala od ludzi. W Whiterun mroczne elfy były rzadkim widokiem.

Któregoś dnia Słomka załatwił im pracę jako strażnikom kupieckiej karawany podróżującej na wschód. Jednooki przewodnik przyjrzał się Barenziah z powątpiewaniem.

"Che, che", zaśmiał się. "Mroczny elf, co nie? To jakby kazać wilkowi owiec pilnować! No ale potrzebuję kogoś z bronią, a nie jedziemy za blisko Morrowind, to nas swoim nie wydasz. A nasi bandyci tak samo na ciebie skoczą jak i na mnie."

Odwrócił się, patrząc na Słomkę, po czym błyskawicznie okręcił się na pięcie w stronę Barenziah, wyciągając sztylet. Ale i ona wyjęła swój w mgnieniu oka; zdążyła nawet przyjąć pozycję obronną. Słomka dobył noża i zaszedł przewodnika od tyłu. Ten schował nóż i znów się zaśmiał.

"Nieźle, dzieciaki, nieźle. A z łukiem jak, co, elf?" Barenziah zademonstrowała swoje umiejętności. "A, dobrze, dobrze. I się nada jako oko w nocy i ucho o każdej porze. Elf, jak mu można ufać, to jest sprawa wygrana. Ja to wiem. Ja służyłem pod Symmachusem, zanim ramię puf! urwało i mnie rele-re-go-regelowali z armii cesarskiej."

"Moglibyśmy ich zdradzić. Znam takich, co dobrze zapłacą", powiedział później Słomka, kiedy kładli się spać na ostatnią noc w podłej gospodzie. "Albo sami ich okraść. Ci kupcy są bardzo bogaci, Jagódko."

Barenziah zaśmiała się. "I co też byśmy zrobili z tymi wszystkimi pieniędzmi? A poza tym, potrzebujemy ich pomocy w dalszej podróży tak samo, jak oni potrzebują naszej."

"Moglibyśmy kupić małą farmę, ty i ja, Jagódko... i tam zamieszkać, tak porządnie, no nie?"

Wieśniak! Pomyślała Barenziah z lekceważeniem. Słomka był wieśniakiem; wszystkie jego marzenia były marzeniami wieśniaka. Ale powiedziała tylko: "Nie tu, Słomko. Jesteśmy zbyt blisko Ciemnowrzosia. Będą inne szanse dalej na wschodzie."

Karawana jechała na wschód, ale tylko do Sunguard. Cesarz Tiber Septim I zadbał o to, by powstała sieć stosunkowo bezpiecznych i regularnie patrolowanych dróg. Jednak opłaty za ich używanie były wysokie, toteż karawana, z którą podróżowali Słomka i Barenziah, starała się ich unikać. Powodowało to, że narażeni byli na ataki przydrożnych rabusiów - ludzi, orków i mieszanych grup bandyckich. Było to jednak niebezpieczeństwo wliczone w koszty prowadzenia karawan.

Starli się z bandytami dwukrotnie. Za pierwszym razem sokole oczy Barenziah wypatrzyły pułapkę z tak daleka, że zdołali zatoczyć krąg i zaskoczyć bandytów, zachodząc ich od tyłu. Drugi atak nastąpił w nocy. Banda Khajiitów, ludzi i elfów Leśnych podkradła się tak niespostrzeżenie, że nawet Barenziah nic nie słyszała. Walczyli ostro; odparli atak, ale pozostali dwaj strażnicy zostali zabici, a Słomka został poważnie ranny w udo.

Taki styl życia odpowiadał Barenziah. Gadatliwy przewodnik polubił ją, więc większość wieczorów spędzała z nim przy ognisku, słuchając opowieści o wojnie w Morrowind, o Symmachusie i Tiberze Septimie. Symmachus, jak wynikało ze słów przewodnika, został mianowany generałem po klęsce Morrowind. "Dobry żołnierz, ten Symmachus. Ale co do Morrowind, to nie tylko żołnierze brali w tym udział, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. No zresztą ty też pewnie wszystko o tym wiesz."

"Nie. Niewiele pamiętam", powiedziała Barenziah starając się, by zabrzmiało to zupełnie luźno. "Większość życia spędziłam w Skyrim. Moja matka wyszła za Norda. Ale już oboje nie żyją. Słuchaj, a co się stało z Lordem i Lady Twierdzy Smutku?"

Przewodnik wzruszył ramionami. "Pojęcia nie mam. Pewnie nie żyją. Były bitwy jedna za drugą przed zawieszeniem broni. Teraz za to - cisza. Za dużo tej ciszy. Jak przed burzą, wiesz? Słuchaj, a ty tam wracasz?"

"Może", odparła Barenziah. Prawda była taka, że Morrowind i Twierdza Smutku przyciągały ją coraz silniej jak ćmę płomień. Słomka czuł to i był przez to nieszczęśliwy. Był też nieszczęśliwy dlatego, że nie mogli ze sobą sypiać, jako że Barenziah udawała, iż jest mężczyzną. Jej też brakowało sypiania ze Słomką, ale zdawało się, że nie tak bardzo jak jemu.

Przewodnik chciał, by odbyli z nim także podróż powrotną, ale kiedy nie przyjęli jego oferty, nie rozgniewał się. Na pożegnanie dał im więcej pieniędzy, niż się umawiali i dokumenty polecające.

Słomka chciał osiąść w okolicy Sunguard, ale Barenziah nalegała, by kontynuowali podróż na wschód. "Jestem prawą królową Morrowind", powiedziała, niepewna jednak, czy tak jest. Może było to tylko marzenie zagubionego dziecka? "Chcę do domu. Potrzebuję wrócić do domu." Tyle w każdym razie było prawdą.

Po kilku tygodniach udało im się dostać pracę przy innej karawanie zmierzającej na wschód. Wczesną zimą dotarli do Rifton - coraz bliżej granicy z Morrowind. Jednak pogoda zrobiła się trudna. Dowiedzieli się, że aż do połowy wiosny nie będą ruszać w tamtym kierunku żadne karawany.

Barenziah stała na murach miasta, wpatrując się w głęboką przepaść, jaka dzieliła Rifton od ośnieżonych gór strzegących dostępu do Morrowind.

"Jagódko", powiedział Słomka łagodnie. "Do Twierdzy Smutku jeszcze daleko - prawie tyle samo drogi, cośmy już przejechali. A ziemia dzika, pełna wilków, bandytów, orków i jeszcze gorszych. Będziemy musieli zaczekać do wiosny."

"Tam widać Wieżę Silgrod", powiedziała Jagódka, mając na myśli miasteczko mrocznych elfów, które wyrosło wokół starożytnej wieży strzegącej granicy między Skyrim i Morrowind.

"Strażnicy mnie nie przepuszczą, Jagódko. To żołnierze Cesarstwa. Nieprzekupni. Jeśli pójdziesz, pójdziesz sama. Nie będę cię zatrzymywał. Ale co poczniesz? Wieża Silgrod pełna jest cesarskich żołnierzy. Będziesz ich praczką? Nałożnicą?"

"Nie", odparła powoli, z namysłem. Sama myśl nie wydawała się odrażająca. Była pewna, że mogłaby zarobić na skromne życie, sypiając z żołnierzami. Zaliczyła kilka takich przygód, kiedy podróżowali przez Skyrim. Przebierała się w kobiecy strój i wymykała z obozu. Szukała tylko odrobiny różnorodności. Słomka był słodki, ale nudny. Zdziwiło ją, ale i ucieszyło, kiedy mężczyźni, których podrywała, dawali jej na pożegnanie pieniądze. Słomka był jednak z tego powodu nieszczęśliwy; krzyczał trochę, a potem był smutny, kiedy ją na tym przyłapał. Był zazdrosny. Groził nawet, że ją opuści. Nigdy tego nie zrobił; nie mógłby.

Jeśli jednak wierzyć opowieściom, cesarska straż składała się z ludzi brutalnych i nieprzyjemnych. Najstraszniejsze z historii o nich słyszała co prawda z ust weteranów przy ognisku, na pewno były więc przesadzone - zdawała sobie sprawę, że miały na celu zaszokowanie jej i Słomki. Uważała jednak, że najpewniej kryła się w nich jakaś część prawdy. Słomka nienawidził takich obleśnych opowieści, a jeszcze bardzo nie lubił, kiedy ona ich słuchała. Jednak nawet w nim była cząstka, którą te historie fascynowały.

Barenziah wyczuwała to i zachęcała go, by wynajdywał sobie inne kobiety. On jednak mówił, że nie pragnie nikogo poza nią. Wyznała mu szczerze, że nie odwzajemnia tego uczucia, ale podoba jej się bardziej, niż ktokolwiek inny. "To dlaczego chodzisz do innych?" spytał kiedyś.

"Nie wiem".

Słomka westchnął. "Mówią, że mroczne elfki takie już są."

Barenziah uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. "Nie wiem. Albo... może i wiem. Tak, wiem." Odwróciła się i pocałowała go namiętnie. "To całe wytłumaczenie."

Inne tomy Edytuj

Więcej w Fandom

Losowa wiki