Fandom

Elder Scrolls Wiki

Pieśń jak trucizna VII

12 436stron na
tej wiki
Dodaj nową stronę
Komentarze0 Udostępnij

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Pieśń jak trucizna VII

Treść Edytuj

Pieśń jak trucizna
Księga VII
Bristin Xel

Triffith stał przed fortem Barysimayn i patrzył na wulkan. Metafory, jakimi opisywali go poeci, zdawały mu się dość marne w porównaniu z samą górą. Ze strumieniami krwistoczerwonej lawy wyglądała jak zaogniona rana. Król Popiołów - tak można ją było nazwać, patrząc na jej wieczną koronę z dymu. A jednak żadna z metafor nie była trafna. Wymykała się im potęga wulkanu. Czerwona Góra oddalona była o całe mile, jednak całkowicie przesłaniała horyzont.

Zanim poczuł, jaki jest mały w porównaniu, usłyszał, jak ktoś woła go z fortu. Fakt, że - choć tak maleńki przy Górze - wciąż jeszcze miał pewną siłę i władzę - stanowił pewną pociechę.

"Generale Indoril-Triffith", powiedział dowódca Rael. "Mamy kłopot przy wschodniej bramie."

Kłopot okazał się drobiazgiem. Popielny, pewnie pijany sheinem, zaczął bójkę ze strażnikiem tylnej bramy. Kiedy usiłowali go uspokoić, nadciągnęli jego kuzyni. Po krótkiej chwili w bójce brało udział sześciu Popielnych i dwa razy tyle strażników Triffitha. Gdyby n'wah nie byli uzbrojeni, rozróba skończyłaby się, zanim się na dobre zaczęła. Tak się jednak nie stało; do czasu, kiedy generał przybył na czele większej grupy straży, dwóch Popielnych nie żyło, a pozostali zdołali zbiec.

"To ten dym w ich głowach", westchnął Rael. "Prowadzi ich do szaleństwa."

Triffith wspiął się po schodach do swojej komnaty, aby przebrać się do kolacji. Generał Redoran-Vorilk i Doradca Hlaalu-Nothoc mieli przybyć niedługo, by przedyskutować plany Świątyni dotyczące rewizji podziału ziemi Morrowind między Rody. Twierdzę Smutku planowano przemianować na Almalexię. Zbudowane miało zostać nowe wspaniałe miasto na cześć Viveka - ale za czyje złoto? Na samą myśl o tym bolała go głowa. Tyle szczegółów, długa noc sporów, pogróżek, kompromisów...

Był pogrążony w myślach tak głęboko, że niemal założył szatę tyłem do przodu. Nie zauważył też, jak zza wielkiego gobelinu wyślizguje się mroczna postać i zamyka drzwi komnaty. Odwrócił się dopiero, kiedy usłyszał odgłos zamykanego zamka.

"Wkradłeś się, kiedy byłem zajęty bójką przy bramie. Bardzo sprytnie, Tay", powiedział po prostu. "Czy też nazywasz się ostatnią Dagoth-Tython?"

"Powinieneś znać wszystkie moje imiona", warknął młody człowiek, wyjmując miecz z pochwy. "Byłem Tythonem, zanim wymordowałeś moją rodzinę i rozbiłeś moje plemię. Byłem Tayem, kiedy zabrałeś mnie do swojego Rodu, aby zatruwać mnie nienawiścią do moich własnych ludzi. Teraz możesz mnie nazywać Odwetem."

Rozległo się pukanie do drzwi. Tython i Triffith nie spuścili z siebie wzroku. Pukanie przeszło w głośne walenie pięściami. "Generale Indoril-Triffith, czy wszystko jest w porządku? Czy coś się stało?"

"Jeśli masz mnie zabić, chłopcze, lepiej się pospiesz", ryknął Triffith. "Moi ludzie wyważą te drzwi w dwie minuty."

"Nie mów mi, co mam robić, 'wuju'", potrząsnął głową Tython. "Pieśń moich przodków daje mi instrukcje. Mówi mi, że kazałeś mojemu ojcu błagać o życie, nim go zabiłeś. Chcę zobaczyć, jak robisz to samo."

"Skoro twoi przodkowie są tacy wszystkowiedzący", zaśmiał się Triffith. "To czemu są wszyscy martwi?"

Z gardła Tythona wydarł się nieludzki, zduszony odgłos. Ruszył naprzód. Drzwi zaczęły uginać się pod naporem, ale były mocno zbudowane. Ocena generała, że wytrzymają dwie minuty, zdawała się ewidentnie błędna.

Nagle walenie w drzwi ustało. Rozległ się znany głos.

"Tay", zawołała Baynarah. "Posłuchaj mnie."

Tython uśmiechnął się ironicznie. "Przybyłaś akurat na czas, aby posłuchać, jak twój wuj żebrze o swoje nic nie warte życie, 'kuzynko'. A już się obawiałem, że nie zdążysz. Następnym dźwiękiem, jaki usłyszysz, będzie odgłos agonii człowieka, który zrobił z mojego Rodu niewolników."

"To Pieśń zrobiła z ciebie niewolnika, nie wuj Triffith. Nie możesz jej ufać. Zatruwa cię. Sprawia, że dajesz sobą manipulować, najpierw tej szalonej starej kobiecie, a teraz wiedźmie Acrze, która wmawia ci, że jest twoją siostrą."

Tython przyłożył koniec miecza do gardła generała. Straszy mężczyzna zrobił krok w tyłu. Tython zrobił krok do przodu. Jego wzrok powędrował wzdłuż ramienia do dłoni na rękojeści. Srebrny pierścień rodu Dagoth migotał czerwonym światłem, odbitym od wulkanu widocznego za oknem.

"Tay, proszę cię. Nie rób już nikomu krzywdy. Proszę. Jeśli przez chwilę posłuchasz mnie, a nie Pieśni, sam zrozumiesz, kto ma rację. Kocham cię." Baynarah stłumiła łkanie, tak, by jej głos brzmiał jasno i spokojnie. Na schodach za jej plecami rozległy się hałasy. Straż wreszcie przybyła z taranem.

Drzwi pękły i rozpadły się na części przy drugim uderzeniu. Generał Indoril-Triffith stał w oknie, trzymając się za gardło.

"Wuju! Nic ci nie jest?" podbiegła do niego Baynarah. Powoli pokiwał głową i zdjął rękę z szyi. Miał na niej jedynie leciuteńkie zadraśnięcie. "Gdzie Tay?"

"Wyskoczył przez okno", powiedział Triffith, wskazują na horyzont, gdzie mała figurka na guarze gnała w kierunku wulkanu. "Myślałem, że chce się zabić, ale on miał obmyśloną drogę ucieczki."

"Dorwiemy go, serjo generale:, powiedział dowódca Rael, każąc straży dosiadać guarów. Baynarah odprowadziła ich wzrokiem, potem szybko ucałowała wuja i popędziła na dziedziniec do swojego wierzchowca.

Tay spływał potem, podjeżdżając coraz bliżej do szczytu Czerwonej Góry. Guar oddychał ciężko, wlokąc się powoli, pojękując z powodu gorąca. W końcu Tay puścił go wolno i zaczął sam wspinać się po niemal pionowym zboczu. Wiatr sypał mu w oczy popiół z krateru. Był niemal ślepy; to tylko potęgowało stały, potężny dźwięk Pieśni.

Jedwabisty strumyk szkarłatnej lawy niosący drobne kryształy przemknął o kilka stóp do niego, na tyle blisko, że Tay poczuł, jak skóra zaczyna go piec, i jak pojawiają się na niej pęcherze. Odsunął się. Zobaczył, jak z dymu wyłania się jakaś postać. Baynarah.

"Co robisz, Tay?" zawołała, przekrzykując huk wulkanu. "Czy nie powiedziałam ci, żebyś nie słuchał Pieśni?"

"Pierwszy raz Pieśń i ja chcemy tego samego!" odkrzyknął. "Nie mogę cię prosić, żebyś wybaczyła, ale spróbuj zapomnieć!"

Podciągnął się wyżej, poza pole widzenia Baynarah. Wywoływała jego imię wspinając się po skałach, aż znalazła się tuż przy krawędzi krateru. Otoczyła ją chmura gorącego gazu; upadła na kolana, gwałtownie łapiąc oddech. Przez gotujące się opary zobaczyła sylwetkę Tay na samej krawędzi krateru. Płomienie otaczały jego włosy i ubranie. Odwrócił się do niej na moment uśmiechnął się.

Potem skoczył.

Baynarah oszołomiona zaczęła powolną, trudną drogę w dół wulkanu. Uchwyciła się myśli o zadaniach czekających na nią na dole. Czy w domu na Gorne było dość zapasów na spotkanie Rodów? Doradcy zatrzymają się tam na tygodnie, może nawet miesiące. Czekało na nich mnóstwo pracy. Powoli zaczęła zapominać. Wiedziała, że nie potrwa to długo, ale był to przynajmniej jakiś początek.

Dagoth-Acra stała tak blisko otwarcia krateru, jak tylko mogła wytrzymać, mrugając, kiedy po powieki dostawał jej się popiół, ociekająca potem do gorąca. Patrzyła na wszystko z uśmiechem na ustach. Na ziemi leżał srebrny pierścień z pieczęcią rodu Dagoth. Tython tak się spocił, że pierścień zsunął mu się z palca. Podniosła go i wsunęła na palec. Dotknęła swojego brzucha. Usłyszała, jak zaczyna się nowy refren Pieśni - trucizny Morrowind.

Więcej w Fandom

Losowa wiki